środa, 15 stycznia 2014

Our Father, Who art in heaven

Msza skończyła się już jakiś czas temu. Ostatnie garstki wiernych opuszczały kościół, dobrowolnie pozwalając mrozowi zagarnąć się w swoje szpony. Organista odgrywał ostanie takty melodii „Cichej nocy”. Kościelny z zakrystii zgasił główne światła i ołtarz zalał półmrok. Boczne nawy oświetlały umieszczone w kinkietach świeczki, których płomienie falowały od wpadającego przez drzwi wiatru. Starsze panie z pierwszych ławek skończyły odmawiać dziesiątkę różańca. Zbitą grupką zmierzały ku wyjściu, a dźwięki ich obcasików i lasek niosły się echem po świątyni.
Oprócz siedzącego w trzeciej ławce mężczyzny i siedzącego w konfesjonale księdza, kościół był pusty. Jedynie namalowane na sklepieniu anioły ze smutnymi twarzami wydawały się być niemymi świadkami tej historii.
Mężczyzna, raczej młodszy niż starszy, wstał ze swojego miejsca. Dotarł do konfesjonału w momencie, gdy ksiądz chciał z niego wyjść. Zauważył jednak zarys jego sylwetki i usiadł z powrotem. Dzisiejszy dzień nie przyniósł nawrócenia zbyt wielu duszom. Większość spowiadających się zrobiła to z emocjami równymi tym towarzyszącym zamawianiu pizzy. Żadnej skruchy, żadnego poczucia żalu czy winy, chęci zadośćuczynienia czy mocnego postanowienia poprawy. Wielebny Wilson pełnił posługę od czterdziestu dwóch lat i z każdym dniem czuł się coraz bardziej zmęczony. Sądził, że jego parafii przydałby się nowy wikariusz. Ktoś młody, rzutki, z krwi i kości, pełen chęci i nadziei do krzewienia miłości oraz wiary w Boga wśród ludu.
Z zadumy wyrwał go młody głos, dobiegający zza kratek:
 - Wybacz mi ojcze, bo zgrzeszyłem. –
 - Bóg jest miłością, wyznaj mu swoje grzechy. – Chciał, aby jego ton był bardziej entuzjastyczny, ale pod koniec takiego dnia nie miał w sobie wiele radości.
 - Proszę księdza, ja… - mężczyzna zawiesił głos. – Ja złamałem człowieka.
- Jak to? – Ksiądz Wilson poczuł się zbity z tropu. Po raz pierwszy od dawna nie usłyszał wymówionych matowym tonem słów, wiecznie rozbijających się o to samo.
 - No po prostu, po prostu nie byłem wystarczający. Byłem słaby, jestem słaby proszę księdza. Nie umiałem być oparciem i złamałem człowieka. Nie byle jakiego człowieka tylko kobietę. Piękną, mądrą, wspaniałą kobietę. I straszliwie kruchą. Nie umiałem jej kochać tak jak na to zasługiwała. –
 - Co się z nią stało? – spytał zaintrygowany kapłan. Dawno nie usłyszał w konfesjonale czegoś takiego. Dawno nie spotkał tu człowieka, którego ton przepełniony był ewidentnym żalem i rozgoryczeniem.
 - Złamałem ją, na pół. Na pieprzone dwa kawałki! – niespodziewanie uniósł ton, aż Wilson musiał odsunąć ucho. – Przepraszam, nie powinienem.
 - Nic się nie stało – zapewnił go. – Emocje to bardzo ważna część spowiedzi. Pozwalają na oczyszczenie się, wybaczenie sobie… -
 - Nigdy sobie tego nie wybaczę, nigdy. – Głęboki męski głos drżał od niewypłakanych łez. – Nie wiem po co w ogóle tu przyszedłem. Myślałem, myślałem, że… . Zresztą nie ważne.
 - Poczekaj, nie idź! – zawołał Wilson, a jego głos uniósł się o oktawę. W odpowiedzi usłyszał oschły śmiech, bez krzty rozbawienia.
 - Nigdzie się nie wybieram, ojcze. – Coś w jego głosie zaintrygowało kapłana, ale nie zaprzątnął sobie tym głowy.
 - Bóg ci przebaczy, mój synu, ale ty także musisz sobie przebaczyć. I zadośćuczynić.-
 - Cały czas odkupuję swoje winy, ale na nic to się zda. Nigdy nie spłacę całego długu. Ksiądz też nie byłby w stanie. – Z każdym słowem głos mężczyzny był coraz cichszy.
 - Powiedz co się stało, może będę w stanie ci pomóc! – ksiądz Wilson dawno nie czuł takiej palącej potrzeby pomocy bliźniemu. Czuł piekącą potrzebę niesienia pomocy, a zarazem niesamowitą bezsilność. Bardzo nieprzyjemna mieszanka, niczym narastająca zgaga, na którą nic nie przynosi ulgi.
 - Mówiłem, złamałem ją. Nie byłem dla niej dość dobry i to ją złamało. - Zaczerpnął powietrza jak gdyby zaczął się dusić i coraz mniej tlenu dostawało się do jego płuc. Łapczywie, ze świstem. W końcu wysapał: - To mój czas proszę ojca. Moje piekło jest tutaj i muszę do niego wracać.
Duszpasterz chłonął jego słowa, starając się znaleźć odpowiedzi. Naprawdę rzadko zdarzają się tak niekonwencjonalne spowiedzi, wiedział to z autopsji. Właśnie odchrząknął, gdy nieznajomy odezwał się pierwszy.
 - Niech się ksiądz za mnie modli, księże Wilsonie, może kiedyś dane nam będzie się spotkać. – Zaskoczony, że mężczyzna go zna, zerwał się z miejsca. Chciał go zatrzymać, za wszelką cenę. Otworzył drzwiczki konfesjonału i stanął na kamiennej posadzce. Nikogo nie było, a odległe drzwi były zamknięte. Nawet biegiem nikt nie był wstanie przebiec tej drogi pozostając niezauważonym. Tym bardziej bezgłośnie. Wilson poczuł jak po plecach przechodzi mu zimny dreszcz. Zdjął stułę, ucałował i schował w konfesjonale. Ruszył do wyjścia, rozglądając się między ławkami. Skoro nie wyszedł, musiał się gdzieś tu schować. Wolał nie ryzykować nachylania się, ostatnio jego kręgosłup zbyt często protestował. Po prostu rozglądał się uważnie pomimo półmroku i nasłuchiwał echa kroków. Z niedowierzaniem doszedł do drzwi, kręcąc w zaprzeczeniu głową. Nie mógł uwierzyć w to, co go przed chwilą spotkało. Może przysnął w konfesjonale? Jeszcze nigdy mu się nie zdarzyło, ale słyszał o takich przypadkach. Westchnął cicho, uspokojony i spojrzał na sklepienie kościoła, na anioły. Praktycznie nie widział ich w ciemności, ale malowidła znał już na pamięć. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po miejscu, w którym znajdował się archanioł Gabriel, dalej Michał, a na końcu Rafael. Skinął do nich jakby się żegnał i odwrócił do wyjścia. Przeżegnał się święconą wodą, z trudem klękając na jedno kolano. Wyprostował się i spojrzał zdziwiony na szybę w drzwiach. Na zaparowanym szkle napisano palcem: „Ale oczy są ślepe. Należy szukać sercem.